Sunday Bloody Sunday - zeszyt i przyjaciółka 2010-03-11

Sunday Bloody Sunday

Dziś pod szkołę przyjechaliśmy dość późno, pożegnanie z moimi rodzicami trwało niemalże wieczność.
Ruszyliśmy już w stronę szkoły, kiedy nagle uświadomiłam sobie, że zamiast zeszytu od Historii zabrałam brudnopis. Często myliłam je ze sobą, ponieważ miały identyczne okładki.
- Cholera – przeklęłam zirytowana. Dzwonek na lekcję już zadzwonił, a ja nadal byłam niegotowa i z pośpiechu nie mogłam ogarnąć myśli – Wzięłam nie ten zeszyt.
- To ja po niego pójdę – zaoferował się Jeremy.
- Nie, nie sama dam radę. Po za tym krótki spacer chyba dobrze mi zrobi. Powinnam złapać trochę świeżego powietrza i zacząć trzeźwo myśleć – powiedziałam, uśmiechając się błogo.
- Okay, nie zaprzeczam – zachichotał mój ukochany – Łap kluczyki i szybko przychodź na lekcję. Czekam w ławce – rzekł wesoło, całując mnie przelotnie w czoło i odchodząc w stronę klasy.
Podbiegłam do porshe i otworzyłam je. Tego samochodu nie można było pomylić z żadnym innym – cała reszta aut była taka szara i nijaka według lśniącego auta mojego chłopaka. No może jedno auto również się wyróżniało, było identyczne tylko czerwone, ale o tym aucie i o jego właścicielce wolałam nie myśleć.
Wgramoliłam się do środka i szybkim ruchem wyciągnęłam potrzebny zeszyt. Wyskoczyłam z auta, po czym równie szybkim ruchem zamknęłam drzwi.
- Cześć – za moimi plecami odezwał się cienki, ciepły głosik.
Mimowolnie podskoczyłam ze strachu. Nie spodziewałam się za sobą nikogo. Odwróciłam się za siebie i zamarłam. O tak. Tej osoby, to już na pewno się nie spodziewałam.
- Lizzie? – spytałam zdziwiona, jakbym nagle zapomniała jak ma na imię.
- Tak to ja – odpowiedziała cichutko.
Musiałam szybko się otrząsnąć. Przecież miałam do niej masę pytań. Całą setkę. A tak właściwie to tylko kilka głównych.
Przybrałam ostry wyraz twarzy. Był on u mnie rzadkością i wyglądał raczej śmiesznie niż groźnie, ale mimo wszystko starałam się jej pokazać, że nie jestem w nastroju takim jakim byłam wcześniej.
- Przejdźmy się. Musimy pogadać – rzuciłam ostro i oschle, nawet nie sprawdzając, czy za mną poszła...


 


Sunday Bloody Sunday - wyjazd 2010-03-10

Sunday Bloody Sunday

- Też cię kocham i to bardzo. Obiecuję, że sobie poradzimy – powiedziałam dziś mamie to już setny raz. Mówiąc to w kółko łatwiej mi było kłamać.
Ostatni raz ucałowaliśmy się z rodzicami, po czym wsiedli do taxi i odjechali.
Miałam lekkie wyrzuty sumienia, że tak ich okłamywałam, ale chyba prawda nie byłaby dla nich zadowalającym faktem. O tym, że Rumpert miał już spakowane walizki i miał zamieszkać z koleżkami wiedziałam tylko ja, on i Jeremy. Też o tym, że mój chłopak miał się do mnie wprowadzić wiedzieliśmy w trójkę.
- Obiecaj tylko, że będziesz chodził do szkoły codziennie, żeby mama nie miała do mnie później pretensji. Proszę – szepnęłam błagalnie z nadzieją, że jednak coś do tej pustej głowy trafi.
- Okay siostra o nic się nie martw już po szkole mnie w domu nie zobaczysz, ale do szkoły postaram się chodzić codziennie – rzucił wesoło klepiąc mnie w ramię.
Wywróciłam zdegustowana oczami. No cóż, nie pozostało mi nic innego jak uwierzyć bratu na słowo.
- Twój kochaś przyjechał – powiedział Rumpert, wyglądając przez okno.
- Proszę cię tylko nie kochaś, bo normalnie... a idź stąd! – wykrzyknęłam nie mogąc znaleźć groźby na mojego brata.
Wprawdzie mogłabym powiedzieć rodzicom o jego wyprowadzce z domu, ale wtedy i on mógłby mnie podkablować, co nie było mi z pewnością na rękę.
Wybiegłam wesoło z domu. Czarny lakier lśniącego nowością auta błysnął mi przed oczami. Uśmiechnęłam się do kierowcy i otworzyłam drzwi od strony pasażera. Weszłam do porshe i wygodnie rozsiadłam się na miękkim, skórzanym fotelu.
- Cześć – rzuciłam niby nieśmiało.
- Cześć – odpowiedział mój ukochany, składając na moich ustach czuły pocałunek.
Znów na chwilę straciłam oddech i moje myśli totalnie sfiksowały. Nie wiedziałam co powinnam teraz powiedzieć.
- Masz walizki? – wydusiłam z siebie półprzytomnym tonem pierwszą (i chyba jedyną, ale tu wstyd mi się przyznać) myśl, jaka przyszła mi do głowy.
Jeremy zachichotał wesoło.
- Przyjemności po lekcjach – powiedział łobuzerskim tonem, znów wpijając się w moje usta, a ja znów poczułam chęć przytulenia go do siebie bardziej, jakby w ogóle było to możliwe...

Pozdrawiam czytelników:):*


Sunday Bloody Sunday - chichot i życzenia dla kobiet 2010-03-08

Sunday Bloody Sunday

Przeraziłam się. To było jak efekt powtórki w moim życiu. Kiedyś też, na tej samej plaży, przestraszyłam się ukochanego w dość podobny sposób.
Przez moje głupie myśli przebiegło tysiąc pomysłów i historii co wydarzy się dalej, jednak żadna z nich nie była sensowna. Po prostu nie potrafiłam się skupić. Miałam zupełny chaos i zero poukładanych myśli w głowie.
Poczułam jak Jeremy odpina mi ramiączko i wyjmuje spod bluzki mój stanik. Wiedziałam, że muszę natychmiast otrzeźwieć i działać, ale zapomniałam, co tak właściwie powinnam była teraz zrobić. Nagle uświadomiłam sobie, że jedynym ratunkiem jest krzyk. Nabrałam powietrza do płuc gotowa na linię obrony poprzez wydzieranie się, kiedy nagle Jeremy wybuchł śmiechem i pomachał mi stanikiem przed oczami.
- Co z tobą? – zapytał chichocząc – Zamiast wrzeszczeć i się wyrywać zamarłaś, jakbyś zobaczyła ducha – nadal nie mógł przestać się uśmiechać.
Jeremy zszedł ze mnie i usiadł obok. Leżałam na piasku jeszcze przez jakieś trzydzieści sekund zanim zorientowałam się o co chodziło. Mój ukochany chciał mi jedynie pokazać, że to on rządzi, bo jest autentycznie ode mnie silniejszy. Energicznie podniosłam się do pozycji siedzącej i rzuciłam się na niego. Z impetem łupnęliśmy o piasek.
- Ty, ty.. – nie potrafiłam się wysłowić, ponieważ Jeremy wciąż chichotał.
Nagle ponownie przewrócił mnie na plecy tak, że leżałam pod nim.
- Nadal uważam, że jestem silniejszy – rzekł, po czym zaczął namiętnie całować mnie w usta.
Kochałam kiedy to robił, kiedy czułam go jeszcze bliżej siebie. Nasz pocałunek oznaczał dla mnie tyle, co jego oddanie. Dawał mi nim wszystko o co mogłabym prosić i czego mogłabym pragnąć.
- Jedźmy do mnie muszę się spakować – szepnął mi do ucha – Już nie mogę się doczekać, kiedy zostaniemy sam na sam w ciemnym pokoju... – dodał zachęcająco mrucząc.
Poczułam jak na moje ciało wstępują delikatne kropelki potu i przechodzi mnie miły dreszczyk podniecenia, ale również strach przed nieznanym...


 


Pozdrowienia z okazji Dnia Kobiet:):*


Sunday Bloody Sunday - stanik:) 2010-03-07

Sunday Bloody Sunday

Jak bardzo zadziwiła mnie reakcja mojego ukochanego. Nie myślałam, że aż tak bardzo ucieszy go mój pomysł. Zamiast jechać do jego domu pojechaliśmy na „naszą plażę” ( tak ją nazywałam, ponieważ od tego dnia kiedy po raz pierwszy mi ją pokazał, Jeremy i ja zostaliśmy parą i było to miejsce, które dla mnie znaczyło wiele). Usiedliśmy na plaży i mój ukochany wyciągnął i zapalił papierosa.
Tak, Jeremy wcale nie był doskonałym ideałem chłopaka w oczach dorosłych. Czasem palił, pił alkohol i opuścił dwa lata szkoły. W dodatku był skryty i wyglądał trochę jak ktoś należący do mafii – bogaty i sceptyczny, ale przy bliższym poznaniu okazywał się całkiem inny. Dobroduszny i czasem cierpiący z powodu, którego nie znałam, ponieważ nie chciał mi go wyjawić. Dla mnie był po prostu ideałem i nagrodą - nagrodą, na którą nie zasłużyłam, dla której byłam zbyt zła, by móc ją otrzymać.
A jednak jakimś cudem ją miałam.
- Więc powinienem się zacząć pakować? – spytał wesoło.
Oddałam mu uśmiech, całując jego policzek.
- Chyba tak, skoro od jutra zgodziłeś się na wspólne męczarnie ze mną – zachichotałam – Oj koleś nie wiesz w co się pakujesz. Masz teraz całkowicie przechlapane. Nigdzie, ale to nigdzie cię nie wypuszczę i będę miała nad tobą pełną kontrolę – westchnęłam udając śmiertelnie poważną – No i domowe obowiązki dzielimy po połowie, czyli coś w stylu ja gotuję, a ty zmywasz.
Swoimi wyliczankami i groźbami tylko rozbawiłam Jeremy’ego do rozpuku. Nie mógł powstrzymać spazmatycznych napadów śmiechu.
- Naprawdę? – spytał przybierając nagle poważny wyraz twarzy.
Spojrzałam na niego zdziwiona i zbita z pantałyku. Ukochany wyrzucił papierosa i niespodziewanie rzucił się na mnie z taką siłą, że łupnęłam plecami o piasek.
- I kto ma teraz władzę? – spytał poważny i stonowany – Spróbuj mi uciec.
Jeremy zaczął całować mnie po policzkach i dekolcie. Jedną ręką trzymał moje ręce w żelaznym uścisku nad moją głową, a drugą wędrował swobodnie po mojej talii, nagle wsuwając ją pod bluzkę i chwytając za zapięcie stanika. Zaczęłam próbować się wyrwać.
- Chyba żartujesz – szepnęłam niepewna, czy tylko się ze mnie nabija, czy naprawdę próbuję się do mnie dobrać.
Spojrzałam na jego twarz. Jego mina nie dawała żadnej oznaki, że żartuje ze mną, czy też się ze mnie nabija. Przestraszyłam się trochę i zaczęłam się szarpać.
Wyrwanie się z jego objęć było nie lada sztuką, ręce miałam tak silnie przygwożdżone do piasku, że żadnym sposobem nie mogłam ich wyrwać. Próbowałam więc bronić się nogami, ale między nimi miałam umięśnione ciało Jeremy’ego, który skutecznie nie pozwalał mi się uwolnić. Nagle poczułam jak mój stanik zsuwa mi się z piersi.
Wystraszona ponownie spojrzałam na twarz Jeremy’ego, ale ten zachowywał nadal powagę. Przeraźliwą powagę...

Pozdrawiam gorąco:):*


Sunday Bloody Sunday - mieszkanie 2010-03-05

Sunday Bloody Sunday

Długo rozważałam jak jutro przekazać Jeremy’emu to, że możemy zamieszkać razem i czy to aby na pewno taki świetny pomysł. To, że ciągle bylibyśmy ze sobą i nawet na chwilę nie musielibyśmy się rozstawać było najpiękniejszą z możliwych wizji, jaką moja bujna wyobraźnia mogłaby sobie wymyślić. Było jednak jedno ale.
Jeremy był już starszym chłopakiem, który miał pragnienia do zaspokojenia większej wagi. Pobyt sam na sam w pustym domu mógł dać mu okazję do postarania się o zaspokojenie ich, a ja bałam się, że nie będę jeszcze gotowa. Według mnie znaliśmy się zbyt krótko, bym mogła mu w pełni zaufać. Ale czy tak naprawdę już nie ufałam mu w pełni? Przecież i tak tańczyłam mu tak, jak mi zagrał. Wiedziałam, że po prostu nie potrafiłabym mu odmówić.
Mimo tej obawy pokusa mieszkania z ukochanym była silniejsza i wyobraźnia wzięła górę nad rozsądkiem. Tak więc cały wieczór układałam różne strategie co do tego, jak będzie wyglądał nasz miesiąc spędzony razem. Tylko ja i on.
Sami.
Nie dopuszczałam do siebie nawet myśli, że Jeremy mi odmówi i nie spodoba mu się ten pomysł. O tym, że rodzice mu nie pozwolą, to już w ogóle nie myślałam, gdyż Jeremy nigdy ich o nic nie pytał, był tak samodzielny, że wolno mu było wszystko. No ale wreszcie był już pełnoletni.
Rozważałam jeszcze mnóstwo innych, czasem kolorowych czasem ciemnych wizji w związku z naszym wspólnym mieszkaniem, dopóki sen nie zmusił mnie do zamknięcia ciężkich już od zmęczenia powiek.
Rano obudziłam się w znakomitym humorze. Rozpierała mnie dziwna wewnętrzna energia, już nie mogłam się doczekać spotkania z Jeremym i przekazania mu tej radosnej nowiny. Właściwie to powinnam się smucić, bo w końcu miałam na cały długi miesiąc nie widywać rodziców, ale jakoś nie mogłam się zmusić do płakania. Byłam w stanie tylko się cieszyć. W podskokach i jak najszybszym tempie skorzystałam z łazienki i zjadłam śniadanie, po czym umyłam starannie zęby. Kiedy wracałam już ubrana, Jeremy czekał na mnie w salonie i rozmawiał z moją mamą.
Kiwnęłam na niego palcem i wyszliśmy na zewnątrz. Wsiadłam do lśniącego porshe i zaczęłam opowiadać ukochanemu o moim planie...


 


Pozdrawiam serdecznie i ciepło:)


Sunday Bloody Sunday - kochaś:) 2010-03-03

Sunday Bloody Sunday

- Co?! – to pytanie padło w moim pokoju już chyba po raz dziesiąty w ciągu trzech minut – Proszę powtórz to jeszcze raz.
- Cii... – Rumpert zatkał mi usta swoją dłonią - Bo ktoś nas usłyszy – powiedział karcącym tonem.
- Jak to ty też się wyprowadzasz? – zapytałam zdezorientowana.
- Po prostu się wyprowadzam, ale tylko na czas kiedy nie będzie rodziców, jeżeli oni będą wracali to ja też wrócę – rzucił obojętnie mój brat.
- I mam zostać na cały miesiąc sama w domu?! – spytałam już nieco ciszej, dziwnym, piskliwym tonem.
- Nie zostaniesz sama, jeżeli tylko trochę pomyślisz – wywrócił oczami, po czym stuknął mnie swoim palcem w środek czoła – Przecież i tak spędzasz u swojego kochasia całe dnie, więc niech kochaś wprowadzi się do ciebie – rzucił nie powstrzymując spazmatycznego śmiechu.
Poczułam jak moje policzki robią się czerwone, a złość rozchodzi się po całym moim ciele.
- To nie jest mój kochaś, tylko to mój chłopak Jeremy, którego masz szanować. – rzekłam z przesadzonym oburzeniem – Dla mnie najlepiej byłoby jakbyś wyprowadził się już dziś i to nie na miesiąc tylko na zawsze! – ostatnie słowa wykrzyknęłam trochę za głośno – Jeżeli w dziesięć sekund mi się stąd nie wyniesiesz, to powiem o wszystkim mamie!
- Już stąd wychodzę ok. – powiedział uspokajając śmiech. Właśnie chwytał za klamkę, kiedy odwrócił się jeszcze na chwilę – Czyli co pozwalasz mi i nic nie powiesz rodzicom?
Znów złość rozlała się na moje całe ciało.
- Jeżeli wyjdziesz stąd w trzy sekundy to tak – warknęłam.
- Dzięki Claudia. To na razie – rzucił wybiegając z mojego pokoju.
Był już wieczór, więc położyłam się zmęczona na łóżko. Złość do mojego głupiego brata słabła z czasem i przerodziła się w inne uczucie.
Chyba powinnam mu podziękować, bo wpadł na genialny pomysł...


Pozdrawiam jak zawsze ciepłoLaughingKiss


Sunday Bloody Sunday - długi wyjazd 2010-03-02

Sunday Bloody Sunday

Obudziły mnie promienie słoneczne. Była dziś sobota, a więc z Jeremym miałam widzieć się od rana. Nasza ostatnia rozmowa na temat Spunk’ów ciągnęła się przez kilka dni i nie było opcji, żebym o niej zapomniała. Wzięłam prysznic, po czym zeszłam na dół na śniadanie. Zadziwiło mnie to, że przy stole siedzieli już wszyscy, to znaczy moja mama, tato i mój brat Rumpert. Zdziwiłam się. Jadanie całą rodziną przy stole nie było w naszej rodzinie jakąś tradycją czy tym podobnym. Dzielnym a zarazem niepewnym krokiem ruszyłam przed siebie.
- Cześć – powiedziałam do wszystkich, jednak nikt mi nie odpowiedział.
Spuściłam głowę i gapiłam się na różowe kropki na wytartej od starości ceracie.
- Dostaliśmy ciekawą propozycję pracy i zamierzamy ją przyjąć, jednak co dwa miesiące wyjeżdżalibyśmy na cały miesiąc poza stan i musielibyście sobie ze wszystkim sami radzić. Jesteście chyba trochę za młodzi, ale jeśli byście się zgodzili... To bardzo ciekawa propozycja, więc....
- Ja już powiedziałem, że się zgadzam – przerwał energicznie Rumpert, nie pozwalając dokończyć tacie – Ty też Claudia? Prawda? – spojrzał na mnie znacząco, po czym poczułam pod stołem ostre kopnięcie w piszczel, aż się skrzywiłam.
- Oczywiście – wybąkałam – A kiedy wyjeżdżacie? – spytałam.
- Za dwa dni w poniedziałek – odpowiedziała mi mama.
Westchnęłam zrezygnowana. Nie widziałam w tym żadnych superlatyw. Mieszkanie z moim pół głupim bratem milczkiem i znoszenie jego idiotyzmów? Wszystkie obowiązki domowe na mojej głowie?
Rozmowa z rodzicami trwała jeszcze godzinę. Odwołałam dzisiejsze spotkanie z Jeremym. Miałam za dużo spraw na głowie z rodzicami, więc nie mogłam się z nim zobaczyć.
Nie wyobrażałam sobie, jak dam sobie sama radę przez ten długi miesiąc, bo raczej na Rumperta nie miałam co liczyć...


No to chciałam pozdrowić komentujących: daria13,noisyhope,pospolita i tych, którzy nie komentują, lecz dzielnie czytają moją opowieść:)
Pozdrawiam:*


Sunday Bloody Sunday - rodzina 2010-03-01

Sunday Bloody Sunday

Przez chwilę siedzieliśmy wtuleni w siebie, a Jeremy bawił się moimi włosami o kolorze piasku. Czasem odnosiłam wrażenie, że zachowujemy się jak stare dobre małżeństwo, wystarczyło nam tylko delikatne pogłaskanie się nawzajem po policzku, aby czuć się w pewnym sensie spełnionymi. Odchyliłam się od ukochanego i zauważyłam, że miętosi w jednej ręce fotografię rodzinną Spunk’ów.
- Tak właściwie to po co ci to zdjęcie? – zapytałam.
- To bardziej interesuje Erica niż mnie – powiedział wykrzywiając usta w grymasie.
Zdziwiłam się.
- Po co twojemu tacie ich rodzinne zdjęcie sprzed lat?
- Nie wiem – Jeremy zaśmiał się melodyjnie, chociaż było słychać, że jest to sztuczne – Kiedy tu się wprowadzaliśmy i budowaliśmy dom dużo nam pomagał. To chyba dlatego – wzruszył ramionami i pogłaskał mnie po linii kości policzkowej.
- On wam pomagał?! – zdziwiłam się jeszcze bardziej odruchowo odsuwając się od ukochanego – Spunk’owie od jakiegoś czasu nie udzielają się towarzysko – rzuciłam.
- Właśnie też tak słyszałem. Dlatego chcę się dowiedzieć dlaczego nam pomogli. To taki niespodziewany gest, nieprawdaż? Ludzie, którzy odłączają się od świata nagle nam pomagają. – poczochrał swoje włosy koloru ciepłego miodu ręką, w której trzymał fotografię – Eric chce się z nimi poznać, ale nie wie jak to zrobić. Może ty byś mogła zbliżyć się do Kellana Spunka i spróbować na powrót wejść w jego rodzinę tylko teraz ze mną? Mogłabyś pomóc Eric’owi?
Spojrzałam na Jeremy’ego pytająco. Czy on zawsze musiał mieć dziwnego typu prośby, których sensu nie rozumiałam? Ale czego znowu się nie robi dla miłości? Czy ona czasem nie wymaga poświęceń?
- Jeśli odpowiesz mi na kilka pytań... – prawie szepnęłam, po czym zabrałam się do dłuższego przesłuchania.
Byłam tak niepewna wielu rzeczy, że wreszcie chciałam poznać jakąś teorię prawdy...


Pozdrawiam wątpiących i kochających.


Sunday Bloody Sunday - dziewiętnaście lat! 2010-02-27

Sunday Bloody Sunday

Usiadłam na łóżku Jeremy’ego i włączyłam telewizor. Nudne postacie przewijały się przez zbyt romantyczną komedię, ukazując swoje uczucia w szczególnie przesłodzony sposób. Westchnęłam zrezygnowana wyłączając telewizor. Jeremy chwycił moją dłoń i czule głaskał ją od zewnątrz.
- O czym myślisz? – zapytał mnie. Często pytał o mój stan ducha.
- Szczerze... – zastanowiłam się chwilę, po czym postawiłam na szczerość- O tym, ze nic o tobie nie wiem. To czasem takie frustrujące – westchnęłam ciężko.
Spojrzał na mnie czule, przytulając moją dłoń do swojej piersi w miejsce, w którym znajdowało się serce. Jeremy zapewne chciał abym wyczuła jego rytmiczne bicie, ale dotknięcie jego rozgrzanej, męskiej i umięśnionej piersi zupełnie mnie zdekoncentrowało. Moje serce zaczęło bić jak szalone, a płytki oddech zamienił się w niespokojne charczenie. Zerknęłam kątem oka na twarz Jeremy’ego. Chyba zauważył moją reakcję, bo uśmiechnął się delikatnie.
- Jest twoje – szepnął napinając pierś.
Zapewne chodziło mu o jego serce.
- A moje należy do ciebie – odpowiedziałam wzdychając.
Milczeliśmy przez chwilę, ale postanowiłam, że dziś tak łatwo nie odpuszczę. Musiałam znać chociaż ułamek prawdy.
- Nie wiem o tobie prawie nic. Ty wiesz o mnie chyba wszystko. To niesprawiedliwe – wyżaliłam się.
- Wiesz o mnie wszystko co ważne – odpowiedział.
Rozwścieczyło mnie troszkę to jego ciągłe zwodzenie mnie w pole.
- A co ja wiem?! – podniosłam ton o oktawę – Wiem jaki masz kolor oczu, bo ciągle patrzę w nie jak głupia, jak wyglądają twoje włosy, jaką budowę mają twoje ręce, jaki masz głos, jak pachną twoje perfumy, jaki jest twój ulubiony kolor, co lubisz jeść, dlaczego kochasz grać na gitarze... – wyliczałam drobnostki, które o nim wiedziałam jak najęta, dopóki mi nie przerwał.
- Tyle samo ja wiem o tobie – rzekł hardo.
- Nie prawda – zaprzeczyłam – Znasz całą moją przeszłość, wiesz nawet dlaczego nie przyjaźnię się z rodziną Spunków na których tak bardzo ci zależy – zagrzebałam w kieszeni kurtki, którą rzuciłam na pobliski fotel i wyjęłam z niej rodzinną fotografię Kellana Spunka – Masz – rzuciłam ją na łóżko odwracając wzrok w stronę okna i opierając się dłońmi o skórzany fotel.
Jeremy długo milczał, w końcu dając za wygraną.
- Przepraszam może masz i rację – szepnął znajdując się nagle blisko mnie i obejmując mnie od tyłu rękami w talii – Jesteś najwspanialszym skarbem jaki posiadam. W ciągu tych dziewiętnastu lat mojego życia nigdy nie spotkałem kogoś bardziej...
Jeremy natychmiast uciął rozmowę, a mnie zatkało. Powoli odwróciłam się do niego przodem.
- Co powiedziałeś? – zapytałam zszokowana.
- Że jesteś najwspanialszym skarbem jaki posiadam – powtórzył połowę swojej wypowiedzi.
- Nie o to mi chodzi – zaprzeczyłam nerwowo kręcąc głową – Czy dobrze usłyszałam, że masz dziewiętnaście lat? – spytałam zdezorientowana.
Ukochany odsunął się ode mnie i usiadł na łóżko, chowając twarz w dłonie. Długo milczał, ale wreszcie postanowił przemówić.
- Tak jestem od ciebie starszy i od kolegów w mojej klasie, bo mam już dziewiętnaście lat. Po prostu musiałem na jakiś czas przerwać szkołę i kiedy mieszkałem w Hiszpanii nie uczęszczałem do niej – wychylił głowę i spojrzał na mnie – Ale co najmniej przez te niecałe trzy lata dużo uczyłem się w domu i teraz wracając do szkoły wiem dużo więcej od moich rówieśników – dodał próbując kwaśno się uśmiechnąć.
- Ale dlaczego przerwałeś szkołę? – spytałam, klękając obok niego zatroskana i chwytając go za dłonie.
- Moja przeszłość to naprawdę bolesna sprawa i nie chcę o tym mówić – szepnął.
Gładziłam przez chwilę jego dłoń w milczeniu, po czym zdecydowałam nie poruszać już nigdy więcej tego tematu. Nie chciałam, żeby mój ukochany – moje życie i moja nagroda, choć przez chwilę cierpiał i to w dodatku przez moją idiotyczną ciekawość. Wstałam energicznie na nogi i uśmiechnęłam się do niego.
- Więc nie mówmy już o tym – rzekłam wesoło – Po prostu nie było tematu.
Jeremy spojrzał na mnie badawczo.
- Naprawdę nie przejmujesz się tym, że od razu nie przyznałem ci się do tego ile mam lat? Że jakby zatajałem to przed tobą? - spytał zdziwiony niepotrzebnie się oskarżając.
Uśmiechnęłam się ciepło, przez chwilę rozważając to co powiedział.
- Nie. Jesteś tu. Ze mną. Tylko to się liczy – ostatnie słowa niemalże wyszeptałam.
Mój ukochany spojrzał na mnie czule, po czym uśmiechnął się zawadiacko, a jego oczy rozweseliły się.
- Jesteś najwspanialszą osobą jako w życiu spotkałem – jesteś cudowna i mądra, ale wymieniając rzeczy, które o mnie wiesz o czymś zapomniałaś i to o najważniejszej rzeczy – rzekł przymrużając oczy.
- Tak? O czym? – zdziwiłam się szczerze.
- O tym, że kocham tylko ciebie – szepnął cicho, po czym przybliżył swoje wargi do moich.
Przymknęłam powieki odpływając w przyjemności naszego czułego pocałunku, który potrafił wszystko zmienić...


Pfff...:) Dzisiaj trochę się napisałam bo dwa razy dłużej niż zwykle, ale chciałam dostarczyć wam więcej materiału do czytania:) Mam nadzieję, że nadal was nie nudzę swoim opowiadaniem i czytając go nie myślicie sobie: "ile jeszcze tego badziewia?":)
Zaczynam w nim trochę słodzić, ale wreszcie chociaż tutaj mogę na chwilę wyobraźic coś, czego jeszcze nigdy nie zaznałam - tak ogromnej miłości dostępnej tylko w książkach i w filmach.
Pozdrawiam ciepło:):*


Sunday Bloody Sunday - dom 2010-02-26

Sunday Bloody Sunday

Od domu Jeremy’ego dzielił mnie spory kawałek drogi, jednak porshe było tak szybkim samochodem, że znaleźliśmy się tam w pięć minut.
W tym domu byłam już tyle razy, że powinnam się przyzwyczaić do jego uroku i przepychu, jednak nie mogłam nadziwić się jego piękna. Wciąż zadziwiała mnie jego europejska faktura i staro-angielski wystrój wnętrz, który wcale nie sugerował o długim pobycie w Hiszpanii. Jakby nic z tego kraju nie zostało tu przywiezione.
Wysiadłam z samochodu, kiedy Jeremy wariackim krokiem podbiegł w moją stronę i chwycił mnie na ręce.
- Puszczaj! – pisnęłam rozglądając się dookoła, miałam nadzieję, że nikt nas nie zobaczył. Dostrzegłam, że z okna w salonie patrzy na nas jego matka – Twoja mama na nas patrzy.
Jeremy posłusznie postawił mnie na ziemi. Nie wiem dlaczego, ale kiedy tylko zaczęłam rozmowę na temat jego mamy lub ojca zawsze poważniał. Jakby nie lubił o tym mówić. Nigdy też nie zwrócił się do nich zwrotem grzecznościowym jak do rodzica, mówił do nich po imieniu.
Nie pytałam go o jego rodzinę, gdyż za bardzo wstydziłam się takich szczegółów. Zresztą byliśmy parą zaledwie od miesiąca, więc chyba nie powinnam się wtrącać w takie rzeczy. Postawiłam sobie zresztą sama do tego teorię, aby uspokoić swoją natrętną ciekawość – doszłam do wniosku, że rodzice Jeremy’ego i Angeli po prostu pozwolili im mówić do siebie po imieniu, lub są oni adoptowani. Nie chciałam jednak zagłębiać się w tę myśl, dla mnie liczyło się nie to skąd pochodził mój ukochany, liczyło się teraz to, że jesteśmy razem. A ja jestem szczęśliwa.
Weszliśmy do domu i w wejściu jak zawsze powitała mnie Amber – mama Jeremy’ego i Angeli. Uśmiechnęła się do mnie cieplutko, jak zawsze witając mnie z niezmierną miłością w głosie, jakbym była dla niej jakimś cennym skarbem.
- Dzień Dobry złotko.
- Dzień Dobry proszę pani – odpowiedziałam uprzejmie.
Zawsze miałam ochotę porozmawiać z Amber, ale Jeremy od razu ciągnął mnie za rękę na górę do swojego pokoju. Tak było i dzisiaj.
Jeremy chwycił moją dłoń splatając nasze palce i skierowaliśmy się w stronę jego pokoju...

Chciałam pozdrowić wszystkich blogowiczów, których jakaś mała cząstka własnego "ja" znajduje się na tym blogu i którzy notują tu wszystko, czym chcą się podzielić.
Dziękuję za odwiedzanie mojego bloga:)


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [załóż bloga!] rsssubskrybuj
[zamknij reklamy]